

Wtedy często, dość nawet prowokacyjnie mówię coś, co może być postrzegane jako radykalne, choć tak naprawdę radykalne jest w stopniu takim, jak te mini felietony. Natychmiast pojawiają się pytania typu ?ale chyba nie jesteś feministką?". Na co już bardziej prowokacyjnie odpowiadam: (ze szczerym zdziwieniem, ale szerokim uśmiechem na twarzy) "Ależ tak, a co w tym złego?" Moją podporą są słowa Dale"a Spendera ?Feminizm nie wywoływał wojen, nie zabijał swoich przeciwników, nie tworzył obozów koncentracyjnych, nie prześladował swoich wrogów, nie praktykował żadnych okrucieństw. Jego walki toczyły się o edukację, o prawo głosu, o lepsze warunki pracy, o bezpieczeństwo na ulicach... o ochronę dzieci, o bezpieczeństwo socjalne... o centra pomocy dla ofiar gwałtów czy dla imigrantek, o reformy prawne. Więc jeśli ktoś mówi - ?o, ja nie jestem feministką/tą!", pytam się - ?dlaczego, jaki masz problem?" Czas przestać się wstydzić tego, o czym myślimy i zacząć o tym rozmawiać. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo czym zaskoczy nas rozmówczyni czy rozmówca. Owszem, podejmując tematy niezbyt neutralne możemy natknąć się na różne rafy, ale z własnego doświadczenie powiem Wam, że warto podjąć to ryzyko. Można się dowiedzieć fascynujących rzeczy o historiach męskich i kobiecych, o szacunku i jego braku, nade wszystko można się przekonać, iż to, że ktoś ma inne poglądy nie oznacza, że jest od razu wrogiem. Ogromnie wiele można nauczyć się w trakcie takich rozmów o własnych uprzedzeniach i stereotypach, które często mają się nijak do rzeczywistości. No i nauka najważniejszej rzeczy: dystansu do samej siebie i do własnych poglądów. Bo niby wszyscy mamy tak samo, ale i tak zaraz wychodzi, że każde z nas ma inaczej. Odwołując się do mojego pierwszego mini felietonu, chcę podkreślić, że właśnie prowincjonalna feministka najwięcej może zyskać odważając się na swoje feministyczne wyjście z szafy. Najczęściej bowiem brakuje nam kogoś, z kim można by było się pospierać, powspierać, pośmiać. Jak znaleźć taką osobę, gdy o naszych poglądach nie wie nikt poza nami samymi? Jak zacząć? Polecam wersję nieco bezpieczniejszą, wersję opartą na wspólnocie niż na różnicach, które niestety najczęściej nas dzielą. Najłatwiej zaprosić kilka koleżanek na kawę, herbatę, ciacho czy cokolwiek innego i zamiast narzekać na fatalną władzę, dziury w drogach, drożyznę w sklepach, dzieci i tę dzisiejszą młodzież (wiem, że pod tym względem tematów nie brakuje), pogadać ze współrozmówczyniami o tym jak fajnie być kobietą. Nie dość, że bardziej to konstruktywne, to w dodatku może dać wiele radości. Nie trzeba od razu wstępować na barykady, rozdzierać szat, dobrze za to dowiedzieć się czegoś nowego o ludziach, których znamy czasem całe życie. A podobnych tematów jest masa, poczynając od tego co to znaczy być kobietą (w Polsce), co nas łączy a co dzieli, co lubię, co bym chętnie zmieniła. Myślę, że warto pilnować tylko jednej rzeczy. Nie chcę nikomu niczego narzucać, ale nie ma sensu narzekać na facetów. Ani na facetów en masse, ani na ród męski, ani na żaden inny męski podmiot zbiorowy. Po pierwsze dlatego, że świata nie można arbitralnie podzielić ani na czarno-biały ani na męsko-damski, a po drugie dlatego, że takie nakręcanie się przeszkadza zazwyczaj w poznawaniu siebie nawzajem, za to świetnie służy wzrostowi agresji, której i tak jest zbyt wiele dookoła. Tak naprawdę na początek najlepiej rozmawiać jest o sobie, bo to jedna z tych rzeczy, na którą same sobie rzadko pozwalamy. Na koniec łyżka dziegciu do tego miodu. Nie zawsze udaje się osiągnąć porozumienie z rozmówcą. Pewne osoby są tak mocno impregnowane na dialog, że jakiekolwiek rozmowy z nią/nim są z góry skazane na niepowodzenie. Nic nie działa równie deprymująco niż walenie głową w taki beton. Moją najlepszą odtrutką w takich sytuacjach jest odpuszczenie sobie i relaks w postaci lektury. Polecam na przykład ?Świat bez kobiet" Agnieszki Graff lub coś lżejszego, choćby Fannie Flag i jej ?Smażone Zielone Pomidory". Na mnie działa niezawodnie. No a potem, gdy już trochę odetchnę, mogę jeszcze raz i w kółko od nowa próbować, bo nic nie inspiruje bardziej niż druga osoba. Pierwsze przykazanie feministyczne powinno brzmieć: szanuj siebie i nie bój się rozmawiać.