Wspólna waluta jest trzecim i ostatnim krokiem w zawiązywaniu unii gospodarczej i walutowej.
Kiedy Polska będzie mogła wejść do "eurolandu", czy jest to konieczne i jakie wiążą się z tym korzyści i koszty? Warto odpowiedzieć sobie na parę pytań i rozwiać wątpliwości, które zawsze pojawiają się przy okazji tego tematu.
Tata, a Marcin powiedział...
Każdy, kto pamięta zabawę w głuchy telefon może się uśmiechnąć na myśl o tym jak wygląda pierwotna informacja po przekazaniu jej przez kilkunastu pośredników. Prosta zabawa integracyjna zawsze wywołuje uśmiech na twarzach uczestników, ale niestety takie same zasady panują w realnym życiu. Parę lat temu widziałem ankietę w której ludzie odpowiadali na pytanie skąd czerpią
wiedzę o Unii Europejskiej. Jak się łatwo domyślić, większość odpowiadała "od sąsiadów". Nie kwestionując wiedzy najbliższych znajomych warto sobie przypomnieć głuchy telefon i pomyśleć, co wychodzi z takiej poczty pantoflowej nawet przy najlepszych intencjach zaangażowanych ludzi.
Po informacji o zmianie cen czy ich zaokrąglaniu na potrzeby nowej waluty, pojawiają się głosy o drastycznych podwyżkach czy nawet 50% wzroście kosztów życia. Podobnych mitów panuje w społeczeństwie masa, dlatego też warto spojrzeć na temat waluty euro z szerszej perspektywy, nierzadko powracając do przeszłości, o której wielu zapomina.
Nie "czy" a "kiedy"
Mam tutaj na myśli referendum z 2003 roku. Na pytanie o chęć przystąpienia Polski do Unii ponad 77% głosujących odpowiedziało "tak". Klamka zapadła, społeczeństwo opowiedziało się za integracją, pozostawiając rządowi dylemat w postaci pytania nie "czy", a "kiedy" przystępować do kolejnych etapów integracji. Jest to o tyle ważne, że ów "tak" dotyczyło również wspólnej waluty. Bezpodstawne są zatem obecne głosy o potrzebie referendum na temat wspólnej waluty czy opinie, że polska złotówka powinna zostać. Decyzja już zapadła parę lat temu i nie ma odwrotu - euro u nas będzie, a jedyną dyskusyjną sprawą jest termin jego wprowadzenia. W świetle tych faktów dziwią wynik sond, w których blisko 20% ankietowanych odpowiada, że euro nie należy wprowadzać.
Polska jest krajem członkowskim Unii z derogacją, czyli z wyłączeniem części zobowiązań wynikających z prawa wspólnotowego. Na mocy tego prawa jesteśmy członkiem Unii, ale z własną walutą. Derogacja zostanie uchylona, a waluta euro wprowadzona po wypełnieniu kryteriów konwergencji, czyli zbieżności, zrównania poziomu naszej gospodarki z europejską.
Istnieje pięć kryteriów które musimy osiągnąć, niestety obecnie Polska nie spełnia żadnego z nich. W takich momentach pojawia się pytanie, czy nie możemy po prostu przyjąć euro samodzielnie? Były w końcu takie przypadki w historii. Andora, Czarnogóra czy Kosowo nie będąc w UE przyjęły euro, dlaczego więc my, jako pełnoprawni uczestnicy UE nie możemy? Po pierwsze, ciężko racjonalnie planując przyszłość Polski wzorować się Kosowem, a po drugie - tzw. pirackie przejęcie waluty chociaż doraźnie poprawia gospodarkę, to w dłuższej perspektywie wiąże się z dużymi kosztami. Wspólna waluta to nie tylko inne nominały pieniądza, ale także wzrost pozycji kraju w wspólnotowych strukturach. Chodzi między innymi o udział w Eurogrupie czy głos w Europejskim Banku Centralny (EBC). Wyżej wymienione kraje nie mają tego przywileju, nie mogą w żaden sposób wpływać na politykę pieniężną UE. Żeby wprowadzenie wspólnej waluty miało sens, muszą być spełnione wszystkie kryteria. Sami przedstawiciele EBC wspominają, że samowolna euroizacja jest niedopuszczalna, a przyjęcie euro ma być zwieńczeniem konwergencji, a nie jej etapem.
Euro 2012 nieaktualne
Na pewno każdy z nas pamięta plany rządu i magiczną datę 2012 rok. Niestety musimy zejść na ziemię - w tym roku odbędą się mistrzostwa w piłkę kopaną, ale turyści nadal będą zmuszeni wymieniać euro na polskie złotówki. Data ta jest nieosiągalna, a kolejną ciężko podać - wynika to z kondycji polskiej gospodarki, głośnego kryzysu jak i jakości naszej polityki. Jednym z
warunków przyjęcia euro jest zmiana polskiej konstytucji. Należy wprowadzić poprawki w konstytucji w opisie roli NBP czy Rady Polityki Pieniężnej. Nie trzeba bardzo interesować się polityką, żeby wywnioskować, że przy obecnym podziale mandatów i instytucji weta prezydenta, takie zmiany są raczej nieosiągalne. Rząd nie podał nowej, sztywnej daty, ograniczając się do ogólników, że chce i jest za wprowadzeniem euro tak szybko jak to będzie możliwe. A kiedy to będzie możliwe? Obstawiam 2017 rok albo i później. Data odległa, ale wynika też z samego sposobu uchylenia derogacji, który zajmuje długie miesiące.
Mamy czas
Jeszcze długo wracając z "saksów" będziemy musieli śledzić kurs walut. Wyjeżdżając też ciągle musimy kupować euro, zamiast po prostu wyciągnąć je z bankomatu ze swojego konta. Są to pewne niedogodności które przeszkadzają statystycznemu Kowalskiemu, nie wspominając już o poważnych, zagranicznych inwestorach. Są jednak też jasne strony faktu, że do przyjęcia euro zostało jeszcze parę lat. Mamy czas na odpowiednie przygotowanie się do tego procesu. W tak dużym kraju jak Polska jest to ogromne przedsięwzięcie, do którego przygotowania zaczynają się już teraz. Jesteśmy też w o tyle uprzywilejowanej sytuacji, że znamy historię wprowadzania euro w innych krajach UE. Ucząc się na ich błędach i kopiując sprawdzone pomysły jesteśmy w stanie
odpowiednio przygotować się do tego momentu i sprawić, że będzie to stosunkowo "gładkie" przejście. Nie bez znaczenia jest też nasza wiedza - wbrew pozorom czy opiniom sąsiadów - nie ma się czego bać. Euro to oczywiście nie same korzyści i istnieje też pewne ryzyko czy koszty, są one jednak niewspółmiernie małe do zysków, jakie daje nam wspólna waluta.
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.