Piątkowe spotkanie z autorką książki "Powierzony klucz", Małgorzatą Lutowską było - poza promocją utworu - dobrą okazją do dyskusji na temat naszej wiedzy o historii Dolnego Śląska.
Okazuje się, że pomimo trudnego tematu, jakim są dzieje protestantów na Dolnym Śląsku, książka "czyta się" i sprzedaje naprawdę świetnie. A to dzięki sposobowi, w jaki autorka przekazuje historię i jej przenikanie ze współczesnością.
Jak zauważyła obecna na spotkaniu Alina Obidniak, młodzież uczy się w szkole o historii Smoka Wawelskiego, a nie o miejscach, w których żyje. Dlatego tym cenniejsze są takie pozycje promujące region np. poprzez opisanie go przez pryzmat ludzkich losów. Książka nie jest przewodnikiem po regionie, ale - co podkreśliło kilka obecnych na spotkaniu osób - zachęca do odwiedzenia, czasem ponownego, różnych miejsc i innego na nie spojrzenia. Jeden z gości nazwał ją "czytadełkiem", co przez autorkę zostało uznane za komplement.
Jest w niej także wątek szklarskoporębski, który - ze względu na kilka drobnych nieścisłości w nim występujących - stał się przyczyną ożywionej dyskusji o znajomości historii i geografii oraz odpowiedzialności autora za przekazywane treści. Ustalono na szczęście stanowisko kompromisowe: ponieważ książka nie jest typowym przewodnikiem, a literacką historią o historii protestantów na Dolnym Śląsku, do tego dającą się czytać jednym tchem - należy autorce tych kilka błędów wybaczyć. Szczególnie, że błędy nie dotyczyły wątku związanego z historią protestantyzmu - w tym zakresie książka była konsultowana z proboszczem parafii Wang w Karpaczu, Edwinem Pechem i jego małżonką, również obecnymi na wczorajszym spotkaniu.
Prowadzący spotkanie (wspólnie z Tomaszem Pryllem) Przemysław Wiater, obiecywał w zaproszeniu ciekawą dyskusję. "Powierzony klucz" ma już swoich fanów, którzy dzielnie bronili autorki i jej dzieła, przed wszelkimi słowami krytyki. Było więc nie tylko ciekawie, ale także - chwilami - dosyć gorąco.
Tak na marginesie wczorajszej dyskusji o niedostatkach wiedzy o historii tych terenów i ludziach, często wybitnych postaciach, ją tworzących -jeszcze jeden przykład na to, jak potrzebna jest rzetelna informacja.
Przemysław Wiater opowiedział o wizycie pewnej wycieczki szkolnej (spoza Szklarskiej Poręby) w naszym muzeum, podczas której nauczycielka "wyjaśniła" dzieciom, wskazując na wiszące tam obrazy Hofmana, że także one zostały namalowane przez braci Hauptmannów. Nazwiska artystów brzmią podobnie, więc - przy braku solidnej wiedzy, w zalewie różnych informacji - łatwo się pomylić. Teraz opowieść o wizycie szkolnej wycieczki jest już muzealną anegdotą, ale co w takim razie powiedzieć o takiej promocji miasta,
którą można znaleźć w internecie? Czy wytłumaczeniem ma być to, że ta informacja umieszczona jest w dziale "CIEKAWOSTKI"? Obiekt, do którego należy strona, znajduje się w bliskim sąsiedztwie muzeum, prawie u samych źródeł wiedzy. Na ten adres można wejść także poprzez oficjalną stronę Szklarskiej Poręby. Niestety, w "rzetelności" przekazywanych treści o okolicy, strona tego obiektu nie jest wyjątkiem.