Kampania promocyjna, czy kampania wojenna? Czy walka o turystę musi oznaczać walkę z sąsiadami?
Tekst jest odpowiedzią na komentarz "kurortowicza", napisany do artykułu Juliusza Olszewskiego "Ogólnie jest średnio, ale burmistrzowi lepiej". Jest także zaproszeniem do dyskusji na temat "sposobów na turystę".
Na początek - cytat z komentarza: (...) turysta w Szklarskiej a nie w Karpaczu to nasza żyła złota, nowy znak graficzny też pewnie robi swoje!(...)
(...) powtarzam raz jeszcze turystyka! i jeszcze brutalniejsza walka o gościa!, turystę!(...)
Chociaż nie jestem turystką, to po przeczytaniu takich pomysłów poczułam się właśnie jak ofiara brutalnej walki :-(
Był taki czas (a może trwa nadal?) w Szklarskiej Porębie, że brutalnie podbierano sobie turystów na dworcu PKP lub na przystanku PKS. Chyba już z tego wyrośliśmy...
Czy teraz należałoby jeździć do Jeleniej Góry, aby tam wyrywać turystów zmierzających do Karpacza? I co - potem ich przykuć łańcuchami, żeby im się Szklarska Poręba nie odwidziała?
Może lepiej dogadać się z Karpaczem i innymi okolicznymi miejscowościami i poprowadzić wspólną promocję, skierowaną do tych, którzy nas jeszcze nie znają? Nie tracić czasu i środków na przekonywanie przekonanych lub tych, którym nie da się wmówić, że lato w Karkonoszach jest bezdeszczowe i stworzyć wspólną strategię promocyjną, zachęcającą niezdecydowanych do wizyty w naszym regionie. Poszukać sojuszników wśród sąsiadów i zacząć działać, a nie tylko deklarować chęć współpracy. (Proponuję zobaczyć, jak np. promuje się Trójmiasto)
A to, czy z tej masy nowo zdobytych klientów część przyjedzie do Szklarskiej Poręby, a część do innych miejsc - to już sprawa promocji (pozytywnej!!!) każdej miejscowości. Rywalizacja nie musi oznaczać walki. Mamy odpowiedni referat i pozwólmy mu działać.
Turysta powinien poczuć się tu jak gość, a nie jak zdobycz wojenna. Pomimo tego, że jeżdżąc po naszych zrujnowanych ulicach, bez oznakowanych dojazdów na czas wykopalisk wodno - kanalizacyjnych, może mieć w tej chwili takie wrażenie...
Komentarze
Jeden okop już się udało zasypać - i dzięki temu mamy remont torowiska do granicy państwa. Mam nadzieję, że zamiast bać się, że czeskie miejscowości odbiorą nam turystów nauczymy się korzystać z atrakcyjnego sąsiedztwa.
Stawiam tezę, że jak ktoś się zakocha w tych stronach, to będzie chciał tu wracać. Atrakcji mamy tyle, że za jednym pobytem nie da się wszystkiego zobaczyć. I raz turysta będzie mieszkał w Karpaczu, a gościnnie zwiedzał Szklarską Porębę, a innym razem zamieszka u nas, zaś z sentymentu odwiedzi Karpacz. Wszędzie zostawi swoje pieniądze. To jest korzyść na poziomie regionu. Dlatego należy się dogadywać z sąsiadami.
O korzyść na poziomie konkretnej miejscowości muszą zadbać samodzielnie urzędnicy z mieszkańcami (stowarzyszenia , biznes), aby turysta, nawet jak wpadnie na 1 dzień, chciał tu zostawić jak najwięcej pieniędzy. Chciał- a nie musiał, płacąc zawyżone ceny za usługi miernej jakości. Żeby podziwiając Szrenicę nie bał się, że wejdzie w niesprzątniętą psią kupę, bo psiego problemu w naszym mieście jeszcze nikt nie rozwiązał.
Albo, jeśli jest cudzoziemcem, żeby mógł w mieście zobaczyć drogowskaz do atrakcji turystycznej lub jej opis w języku znanym w Europie.
I żeby taksówkarze nie wozili go naokoło, po całym mieście, zanim dowiozą do celu. I tak dalej...
O korzyści na poziomie indywidualnych przedsiębiorców muszą zadbać już oni sami, a miasto powinno im w tym pomóc, bo w końcu żyje z ich pracy. Pomóc, a przede wszystkim - nie przeszkadzać, jeśli pojawią się jakieś ciekawe inicjatywy oddolne
Od tego mamy radę, żeby uchwalała dokumenty strategiczne i dbała, aby system podatków lokalnych nie zamordował przedsiębiorczo ści. Organem wykonawczym jest burmistrz. Tych ludzi wybieramy w wolnych wyborach i jeśli nam się nie podoba, co robią, to korzystamy ze swojego prawa głosu.
Niestety - tu właśnie jest ta ściana... Zamiast korzystać ze swoich praw, nie tylko do odwoływania organów władzy ale także do dialogu z władzą, wolimy kwękać, że... Karpacz odbiera nam turystów, a w Szklarskiej nic się nie dzieje. I znów koło się zamyka.
Rywalizacja - zdrowa rzecz, pod warunkiem, że nie jest to rywalizacja o pięć złotych, które można już teraz wyrwać sąsiadowi, a potem, to się zobaczy...
Tak, wiem, jestem idealistką, bo wierzę, że na pewnym etapie ludzie zaczynają dostrzegać zalety współpracy - ale taki już mam zawód
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.