O północy skończyła się żałoba narodowa. Powoli znikają polskie flagi, przepasane czarnym kirem. Sprzed Pałacu Prezydenckiego zostaną zabrane wypalone znicze i zwiędnięte kwiaty. Nieubłagany czas zmusza nas do rzucenia się w wir codzienności. Są jednak i tacy, w których nadal jest mnóstwo emocji. Pan Grzegorz ze Szklarskiej Poręby dzieli się swoimi przeżyciami z ostatniego tygodnia. Najpierw był szok, potem wyjazd do Warszawy, teraz przyszedł czas na refleksje i wyciągnięcie osobistych wniosków.
"Za dużo było emocji we mnie. Byłem zamknięty w osobistej tragedii, smutku. Chciałem uciekać, schować się w samotność, nie afiszować, nie błądzić w słowach. Okazuje się, jak głęboko jestem związany z tym, co dzieje się z Polską, z historią, z cudzym też bólem. I nie musiałem nabyć tych emocji z telewizora. Wystarczyła mi uwiarygodniona wiadomość z radia w samochodzie.
Szok i niedowierzanie
Dzień pierwszy. Szok, niedowierzanie. Chyba pierwsza flaga kupiona w Tesco. Szukanie wstążek, szarfy. Sprzeczka z żoną o przeszycie flagi na już. Pierwszy raz samodzielna obsługa maszyny do szycia, pomoc syna w przymocowaniu i – trochę lżej. Ale co można jeszcze? Spowiedź. Modlitwa. Kiedy okazało się, że Oboje są w pałacu, że można ich pożegnać, to myśl jak tam pojechać? Trochę mglista informacja w Internecie, rozmowa ze znajomym, telefon do urzędu miasta.
Dzień piąty. Dwudziesta pierwsza z minutami. Jadę. Atmosfera w autobusie podniosła, smutna. Modlitwa z ojcem Maksymilianem. Dzień szósty. Warszawa, ok. 5.30 początek kolejki. Zapach zniczy. Godzina jak pięć minut. Kolumna Zygmunta. Spacer po starówce z przyjaciółmi. Znowu godzina jak pięć minut. Kolejka co parę metrów krótsza. Spacer nad Wisłę. Trasa W-Z, ruchome schody, chyba nie te same, co trzydzieści lat temu. Budynek Wspólnoty Polskiej, palące się znicze, portret Macieja Płażyńskiego.
Nasza grupa już blisko. Jeszcze ze dwie godziny, może więcej. Czas to pojęcie względne. Z boku wąż kolejkowy zawinął dwa razy. Byliśmy zobaczyć pałac prezydencki. Kolejka jest trzy razy większa. Kawa od szwagra Arka – niesamowity gość, Warszawiak. Mężczyźni w mundurach porządkują po trzydzieści osób. Nasza grupa jest podzielona. Flagi Szklarskiej Poręby utożsamiają nas w szeregu. Kolejne bramki, instruktaż. Idziemy pojedynczo przez plac. Przed nami jakby zastęp reprezentacyjny przedszkola „Miś”, wszystkie dzieciaki jednego wzrostu, jednakowo ubrane w kamizelki odblaskowe. Równiutko, karnie, cichutko.
W Pałacu Prezydenckim
Pierwsza sala. Pierwsze zdjęcie Anny Walentynowicz. Ochrona. Moskwa. Janosik… Druga sala. Cztery trumny ze zwłokami ludzi Prezydenta. Wieczny odpoczynek… Marmurowe schody. Portrety. Obraz morski. Mosiężny żyrandol. W następnej sali kryształowy. To pewnie tam. Aleksander Kaczyński Prezydent, Maria Helena Mackiewicz Kaczyńska. Miałem przecież tyle jeszcze Im do powiedzenia, taka krótka modlitwa. Nie można się wrócić.
Wydaje się, że chyba to był sen, jakbym przeszedł tam bez oddychania. Było mi smutno i żal ściskał, jak przy trumnach rodziny. Te dwie trumny dla mnie to również zamknięcie historii. Zamknięcie pętli czasu i tragedii rodzin w 1940 roku i teraz. Zaschnięcie ran ludzi skazywanych, poniewieranych za związek i pamięć Katynia, za bycie Polakiem. Te dwie trumny to trumny wszystkich 96 ofiar. Odeszli w nich ludzie Honoru, ludzie walki o Polskę prawdziwą, o pamięć, o moją rodzinę, o mnie. Widziałem palące się znicze i portrety w innych miejscach Warszawy.
Trochę spokoju
Nasz wieniec pod Sejmem. Nie znalazłem domu bez flagi z kirem. Nie znalazłem tej samej Warszawy. Obiecany Anioł Pański w drodze powrotnej. I nieplanowane odwiedziny Jasnej Góry. Modlitwa przed Matką Boską. Sala Rycerska i kroki Lecha Kaczyńskiego przed wystawą. Zdjęcia Prezydenta jak oglądał w tym dokładnie miejscu inną wystawę. Po pożegnaniu Ich w pałacu emocje zmalały. Powoli wróciłem do rzeczywistości. Aczkolwiek dopiero zacznę doznawać spokoju, kiedy wszyscy zostaną pochowani. Będą kolejne dni. Ten pierwszy i szósty zostaną".
O północy skończyła się żałoba narodowa.
Powoli znikają polskie flagi, przepasane czarnym kirem. Sprzed
Pałacu Prezydenckiego zostaną zabrane wypalone znicze i zwiędnięte
kwiaty. Nieubłagany czas zmusza nas do rzucenia się w wir
codzienności. Są jednak i tacy, w których nadal jest mnóstwo
emocji. Pan Grzegorz ze Szklarskiej Poręby dzieli się swoimi
przeżyciami z ostatniego tygodnia. Najpierw był szok, potem wyjazd
do Warszawy, teraz przyszedł czas na refleksje i wyciągnięcie
osobistych wniosków.
„Za dużo było emocji we mnie. Byłem zamknięty
w osobistej tragedii, smutku. Chciałem uciekać, schować się w
samotność, nie afiszować, nie błądzić w słowach. Okazuje się,
jak głęboko jestem związany z tym, co dzieje się z Polską, z
historią, z cudzym też bólem. I nie musiałem nabyć tych emocji z
telewizora. Wystarczyła mi uwiarygodniona wiadomość z radia w
samochodzie.
Szok i niedowierzanie
Dzień pierwszy. Szok, niedowierzanie. Chyba
pierwsza flaga kupiona w Tesco. Szukanie wstążek, szarfy. Sprzeczka
z żoną o przeszycie flagi na już. Pierwszy raz samodzielna obsługa
maszyny do szycia, pomoc syna w przymocowaniu i – trochę lżej.
Ale co można jeszcze? Spowiedź. Modlitwa. Kiedy okazało się, że
Oboje są w pałacu, że można ich pożegnać, to myśl jak tam
pojechać? Trochę mglista informacja w Internecie, rozmowa ze
znajomym, telefon do urzędu miasta.
Dzień piąty. Dwudziesta pierwsza z minutami.
Jadę. Atmosfera w autobusie podniosła, smutna. Modlitwa z ojcem
Maksymilianem. Dzień szósty. Warszawa, ok. 5.30 początek kolejki.
Zapach zniczy. Godzina jak pięć minut. Kolumna Zygmunta. Spacer po
starówce z przyjaciółmi. Znowu godzina jak pięć minut. Kolejka
co parę metrów krótsza. Spacer nad Wisłę. Trasa W-Z, ruchome
schody, chyba nie te same, co trzydzieści lat temu. Budynek
Wspólnoty Polskiej, palące się znicze, portret Macieja
Płażyńskiego.
Nasza grupa już blisko. Jeszcze ze dwie godziny,
może więcej. Czas to pojęcie względne. Z boku wąż kolejkowy
zawinął dwa razy. Byliśmy zobaczyć pałac prezydencki. Kolejka
jest trzy razy większa. Kawa od szwagra Arka – niesamowity gość,
Warszawiak. Mężczyźni w mundurach porządkują po trzydzieści
osób. Nasza grupa jest podzielona. Flagi Szklarskiej Poręby
utożsamiają nas w szeregu. Kolejne bramki, instruktaż. Idziemy
pojedynczo przez plac. Przed nami jakby zastęp reprezentacyjny
przedszkola „Miś”, wszystkie dzieciaki jednego wzrostu,
jednakowo ubrane w kamizelki odblaskowe. Równiutko, karnie,
cichutko.
W Pałacu Prezydenckim
Pierwsza sala. Pierwsze zdjęcie Anny
Walentynowicz. Ochrona. Moskwa. Janosik… Druga sala. Cztery trumny
ze zwłokami ludzi Prezydenta. Wieczny odpoczynek… Marmurowe
schody. Portrety. Obraz morski. Mosiężny żyrandol. W następnej
sali kryształowy. To pewnie tam. Aleksander Kaczyński Prezydent
Rzeczpospolitej Polskiej, Maria Helena Mackiewicz Kaczyńska. Miałem
przecież tyle jeszcze Im do powiedzenia, taka krótka modlitwa. Nie
można się wrócić.
Wydaje się, że chyba to był sen, jakbym
przeszedł tam bez oddychania. Było mi smutno i żal ściskał, jak
przy trumnach rodziny. Te dwie trumny dla mnie to również
zamknięcie historii. Zamknięcie pętli czasu i tragedii rodzin w
1940 roku i teraz. Zaschnięcie ran ludzi skazywanych, poniewieranych
za związek i pamięć Katynia, za bycie Polakiem. Te dwie trumny to
trumny wszystkich 96 ofiar. Odeszli w nich ludzie Honoru, ludzie
walki o Polskę prawdziwą, o pamięć, o moją rodzinę, o mnie.
Widziałem palące się znicze i portrety w innych miejscach
Warszawy.
Trochę spokoju
Nasz wieniec pod Sejmem. Nie znalazłem domu bez
flagi z kirem. Nie znalazłem tej samej Warszawy. Obiecany Anioł
Pański w drodze powrotnej. I nieplanowane odwiedziny Jasnej Góry.
Modlitwa przed Matką Boską. Sala Rycerska i kroki Lecha
Kaczyńskiego przed wystawą. Zdjęcia Prezydenta jak oglądał w tym
dokładnie miejscu inną wystawę. Po pożegnaniu Ich w pałacu
emocje zmalały. Powoli wróciłem do rzeczywistości. Aczkolwiek
dopiero zacznę doznawać spokoju, kiedy wszyscy zostaną pochowani.
Będą kolejne dni. Ten pierwszy i szósty zostaną”.